STANISŁAW SKALSKI
Jeden z najsłynniejszych polskich pilotów myśliwskich walczących podczas II wojny kwiatowej nad Polską, Wielką Brytanią i Afryką zestrzelił 19 nieprzyjacielskich samolotów. Posiadacz wysokich odznaczeń — polskich, brytyjskich francuskich. Obecnie ppłk Ludowego Lotnictwu Polskiego
„mały”
— Zadanie proste — rozpoczął odprawę kpt. Zaremba, dowódca dywizjonu 306. — Eskortujemy 24 Bostony, których celem jest węzeł kolejowy w Lilie. Lecimy jako bezpośrednia osłona. Nas osłania skrzydło z Biggin Hill. Nad celem, przed naszym przybyciem, wymiata *) (Zwalczanie lotnictwa nieprzyjacielskiego w danym rejonie.) skrzydło z North Weald. W 10 minut po bombardowaniu, jako osłona tylna, leci na naszym kursie skrzydło z Tangmere. Poza tym nie będzie innych samolotów własnych nad Francją. Spotkanie z bombowcami nad Dungeness o godzinie 6.00 — wysokość 12.000 stóp. Do bombowców nie może się zbliżyć żaden szkop! — Startujemy pierwsi, o godzinie 5.20 — tyle jest słów ewangelii na dzień 13 sierpnia — z uśmiechem zakończył kapitan Zaremba, dowódca dywizjonu 306.
Rozżarzona kula słoneczna, jak na półmisku, leży nisko na horyzoncie. Na prawym, południowo-zachodnim skraju lotniska stoi Już w ławie 12 maszyn 306 dywizjonu, obok, z lewej, ustawia się dywizjon 315, a naprzeciw nas, po wschodniej stronie, prowadzący dywizjon — 308.
Godzina 5.20. Natychmiast po starcie piloci przechodzą trójkami w kolumnę. W niespełna dwie minuty skrzydło bierze kurs bojowy, uformowane w schodach w górę od słońca.
Z kabin wyglądają ramiona i głowy pilotów w maskach tlenowych. Trudno kogokolwiek poznać, chociaż leci obok, w odległości 2-4 metrów. Ale wiemy, gdzie każdego pozycja w szyku… ustalona na ziemi. W eterze kompletna cisza. Nieprzyjaciel będący na podsłuchu nie powinien się zorientować o celu wyprawy.
Przechodzimy do szyku bojowego. Odległości między maszynami i czwórkami zwiększają się. Nieprzyjaciel nie zaskoczy, obserwacja zapewniona, szyk luźny gwarantuje pełną zwrotność do ataku i obrony.
Na kierunku Francji pogoda gorsza, horyzont zamglony, zwały niskich chmur zalegają nad Kanałem, widoczność słaba. Kpt. Zaremba prowadzi środkową czwórkę, ja prawą, a Kazio Rutkowskl, popularnie zwany „Śledziem”, lewą. „Maly” — Zdzich Radomski — uplasował się u „Śledzia” jako czwarty, zewnętrzny. Zdzicha nazwaliśmy „Małym” z uwagi na jego „nikczemny” wzrost, który wahał się — w zależności od tego, czy miał pantofle na wysokich obcasach i kapelusz Borsalino, czy też nie od „metra sześćdziesiąt” do „metra pięćdziesiąt”.
„Mały” nosił zamaszyste wąsiska, które zawsze głaskał, gdy nie miał w ręku kart, bo za pokerem przepadał, twierdząc, że jest to gra dla ludzi inteligentnych, Oczy niebieskostalowe odzwierciedlały jego bezwzględność i stanowczość. Był dobry, pełen werwy, dowcipu i humoru. Twardy i nieugięty, jak każdy poznaniak. Odważny i zuchwały, a nade wszystko koleżeński. Nie istniał dla niego żaden autorytet poparty stopniem wojskowym, był tylko lojalny w stosunku do dowódców bojowych, których widział w akcji.
„Mały” był trochę pechowcem; niemal z każdego lotu wracał postrzelany.
Zawsze się gdzieś zawieruszy, samotnie wpędzi w niebezpieczne rejony w pogoni za przeciwnikiem. Niemniej, będąc bardzo dobrym pilotem, dawał sobie świetnie radę, wychodząc z opresji obronną ręka.
Bombowce z górną osłoną poszły w ląd. My skręcamy w prawo i zaczynamy nabierać wysokości. Chmury wysokie, co prawda z dużymi dziurami, ale często tracimy kontakt wzrokowy tak pomiędzy swoimi czwórkami, jak i między dywizjonami Dochodzimy do Calais — wysokość 25 000 stóp. Lecimy dalej, wzdłuż wybrzeża francuskiego. Po kilku minutach przed nami z prawej u dołu wylania się Dunkierka, prawie niewidoczna — zagubiona — w głębi lądu drzemie niemieckie lotnisko myśliwskie. Z wysokości wygląda jakby wymarłe — nie widać żadnych szczegółów. Pada rozkaz dowódcy — skręt w prawo o 180 stopni. Wykonujemy manewr, odchodząc w kierunku pełnego morza, na Dungeness. Chmury, chmurki, głębokie przestrzenne „korytarze” między chmurami i słońce. W powietrzu kompletna „cisza”. Nikt nam nie przeszkadza na patrolu.
Już jesteśmy przeszło pół godziny na linii patrolowania, dochodzimy po raz trzeci do Dunkierki — mijamy lecimy dalej. Po kilku minutach ponownie wykonujemy skręt na słońce i do lądu.
Ta strefa, mimo wszystko, nie jest bezpieczna. Muskam tylko wzrokiem Dunkierkę, a obserwuję raczej lotnisko w głębi. Jesteśmy dość daleko. Nie widzę żadnej maszyny. Lotnisko pozostaje za nami z lewej. Jeszcze raz spoglądam na nie przez ramię do tylu. Ogarniam okiem całą sferę… są! Czwórka Messerschmittów na wysokości około 10 000 stóp pnie się w górę. Ostrzegam przez radio o położeniu przeciwnika. Niemcy idą na dużym gazie. Już przeszli naszą wysokość — manewrują — idziemy spokojnie, czekając na odpowiednią sytuację. Chmury przeszkadzają w obserwacji.
Jeszcze raz ostrzegam: uważać na Niemców, zachodzą z lewej — uważać lewa czwórka!
Dowódca wydaje rozkaz, skręcamy w lewo na Niemców — widzę jak zewnętrzna maszyna z lewej czwórki wypryskuje solo — to Zdzich — zasłona opada — wpadam ze swoją czwórką w chmurę. Chwila ciemności. Jesteśmy otoczeni szarą powloką — patrzę na przyrządy. Wydaje mi się, że ten lot trwa bardzo, bardzo długo. Wyskakujemy z chmur — rażące słońce, duża luka i nic nie widać dokoła – brak jednej maszyny z naszego dywizjonu. Nie mu także Niemców. Nikt z nas nic szczególnego nie widzi. Niemcy zapadli się jak pod ziemię. Padają suche rozkazy dowódcy. Wykonujemy kilka manewrów, ale bez rezultatu. Gruba chmura przysłoniła nam obraz rozgrywającego się przed chwilą fragmentu walki.
…Zdzich odrywa się od czwórki, chce zaatakować Niemców z dogodnej pozycji. Nie widzi, że nad tą czwórką, która idzie na „wabia” wiszą jeszcze dwa Messerschmitty .. Już ma 109-tkę (Messerschmitt 109) na celowniku, jeszcze 100 metrów… i nagle oczy zachodzą mglą — robi się potwornie ciepło obraz Messerschmitta rozpływa się znika — maszyna bezwładnie wykonuje jakiegoś pirueta, bez woli pilota. Zdzich nie dochodzi do strzału, celna seria nieprzyjacielskiego działka dosięgła go.
Chce dodać gazu, ale… lewe przedramię ucieka do przodu — dlaczego? Nagła świadomość… — zamglone spojrzenie na rączkę gazu — okrwawiony kikut — zbryzgana krwią lewa osłona kabiny — krew tryska jak z hydrantu. Zdzich omdlewa — maszyna wali się na łeb.
Spienione grzbiety szarych, kotłujących się fal piętrzą się, zda się wyciągają ramiona, jak ośmiornice, by uchwycić ofiarę w swe śmiertelne szpony… przeraźliwy grzmot bezwładnie spadającej maszyny i złowrogi szum Kanału. Do lądu około 20 minut lotu. Gorąca krew krzepnie szybko na osłonie kabiny przysłaniając widoczność. W kabinie duszno, mdło… Zdzich na chwilę odzyskuje przytomność, chwyta za drążek, wyciąga Spiłfire’a z bezwładnego nurkowania. Błędnym, zrozpaczonym wzrokiem spogląda przed siebie — w dali białe lśniące skały Doveru — i znów ciemność — maszyna nie kontrolowana wali się w otchłań…
W tym samym momencie w umyśle Zdzicha rodzi się straszna myśl — lęk — jakiś niezrozumiały lęk przed wodą — boi się jej — ostatnim wysiłkiem woli chwyta za drążek, przytrzymuje kolanami, chce coś robić, ale każdy wysiłek jest bezcelowy. Za wszelką cenę przelecieć Kanał, „dobić” do lądu. Chce zaczerpnąć świeżego. zimnego powietrza — mdli go — maski tlenowej nie może zdjąć, ale to lepiej, ma nadmiar tlenu. Tlen go ratuje. Zapada jeszcze raz w omdlenie — na krótko. Zmęczonym okiem ocenia, że Jest już bardzo nisko, a przed nim niedaleko, kilka kilometrów ląd — zbawienny ląd.
Gryzie wargi do krwi. Mobilizuje wygasające siły. Gwiazdy, koła, przeróżne figury geometryczne przesłaniają oczy — w skroniach biją potężne młoty parowe. Z urwanego przedramienia spływa krew coraz wolniej, jak z wyschniętego źródła. Strzępy urwanego rękawa, nasiąknięte krwią, parują. Odstrzelona ręka spoczywa na dnie kabiny.
Nabrzmiałe, wysuszone tlenem wargi zwilża językiem — w ustach czuje gorycz, posmak żółci. Zdzich walczy, nie poddaje się.
Upragniony brzeg, jeszcze jeden wysiłek, przytrzymuje drążek kolanami, by prawą ręką zamknąć gaz i wypuścić klapy. Myśli logicznie, nie ląduje na piaszczystych wydmach wybrzeża, jest zaminowane. Mija je. Czynności wykonuje w błyskawicznym tempie, otwiera szeroko oczy, zrywa maskę tlenową, ażeby mieć większe pole widzenia.
Rozpacz, obłęd w oczach. Przed nim wyrasta budynek szkoły i grupa dzieci bawiących się na dziedzińcu. Co za potworna trzeźwość umysłu; po 20 minutach strasznego wyczerpania, niemal całkowitego upływu krwi, Zdzich nadludzkim wysiłkiem ponownie przerzuca drążek między kolana i prawą ręką chwyta za gaz. Spitfire, od nadmiaru mocy, jak raniony dzik, potężnym susem przeskakuje ostatnią przeszkodę. Zdzich wyłącza silnik i chwyta ponownie za drążek.
To już ostatni akt — Spitfire ryje swym brzuchem zieloną murawę hrabstwa Kent — Zdzich jeszcze raz spogląda na niebo zamglonymi, wilgotnymi oczami. Traci przytomność.
Drążek wypuszczony z rąk obija się o kolana pilota. Spitfire, coraz wolniej, sunie brzuchem po ziemi, jakby nie chciał niczym zmącić spokoju swego bohaterskiego pilota, który uratował mu „życie”.
Tylko piskliwe mewy przerywają nadmorską ciszę i krążą nad Spitfirem, czując zapach świeżej krwi .
Małe miasteczko Deal nad Kanałem — szpital.
Białe wnętrze, białe kitle lekarzy i sióstr, kompletna cisza.
Koło łóżka Zdzicha postacie w bieli — patrzą w milczeniu. Wszyscy myślą o Jednym, wszyscy podziwiają i jednocześnie zastanawiają się, jakim cudem ten drobny chłopak ocalał. Gdy go przywieziono, skazali go na zagładę. Sądzili, iż nie przetrwa operacji na skutek nadmiernego upływu krwi. Nie wierzyli, że ten strzęp człowieka da się uratować.
Teraz wzruszają ramionami szczęśliwi, iż uratowali jeszcze jedno życie.
Po tygodniu Zdzich zaczął się poruszać, po dwóch „odświętnie” ubrany w strój szpitalny (niebieskie ubranie, białą koszulę i czerwony krawat) wstąpił już do pobliskiego baru. Obok, na stołku przy barze, siedział starszy wiekiem farmer. Spojrzał na Zdzicha i zaproponował mu do towarzystwa jedną whisky. Mały nie odmówił — dopiero po kilku dniach odnalazła go policja na farmie u sympatycznego Anglika, gdzie polował, ale tym razem — na ziemi.
Gdy wrócił do dywizjonu, nie pozwolono mu jut latać. Zdzich jednak obstawał przy swoim.
— A ja wam pokażę, że latać będę — zdejmował z szelek drewnianą protezę — ta rączka jeszcze się przyda!
W końcu 1942 roku dostał się wreszcie na przeszkolenie — chodziło po prostu o nabycie wprawy w posługiwaniu się protezą. Mały chciał się przenieść na tzw. błękitne Spitfire’y, do jednostki foto-rozpoznawczej. Wykonując zadania rozpoznania strategicznego, piloci latali pojedynczo, bez uzbrojenia, broniąc się tylko dużą szybkością i wysokością.
Pewnego dnia, na skutek zacięcia się haków protezy w chwili lądowania, o mało nie doszło do wypadku. Uratował się pchnięciem gazu prawą ręką i dopiero w drugim podejściu szczęśliwie wylądował. Obserwował to komendant szkoły, Anglik. Gdy Zdzich wyskoczył z maszyny, pułkownik zagadnął go: — Rad — (Radomski), zastanów się, teraz mamy dużą rezerwę pilotów, są zdrowi i mogą latać — tyś już swoje zrobił — przecież nie możesz latać tylko z jedną ręką.
Na to Zdzich, w gorącej wodzie kąpany i wściekły po tym nieudanym locie, wypalił bez pardonu.
— A tyś miał jedną rękę? — Skąd wiesz, że nie można latać?
Argument przekonywający. Zdzich skończył przeszkolenie, ale już nie wsiadł do błękitnego Spitfire’a.
Dał się przekonać i zasiadł w fotelu kontrolera w „operation room” (stanowisko dowodzenia). Zwycięstwa i tragedie pilotów przeżywał, słuchając komunikatów jut tylko przez radio.
Stanisław SKALSKI